Chapter 19: Onion and apple

Chapter 19: Onion and apple

Podróżuję i idę... Jest różnie. Czasem mnie "niesie", niosą nogi... a czasem nieustający śpiew mój i ten drugi, w mojej głowie... 
No bo to są dwie różne sprawy. Dwa zadania. 
Wszak część z podróży do Composteli, przejechałam busem. Z kilkoma chłopa i z 6 dziewczynami z Polski. Ale trzeciego dnia - już szłam sama, oddalona i odcywilizowana, pomiędzy różnymi językami i ich bogatym i jak najbardziej różnym brzmieniem. Zakręcona jak twister - aż wreszcie, bo to właśnie było dla mnie najważniejsze - szłam w swoim tempie.

Szłam aby dotknąć gwiazd...




jakie (przecież i tu) na te pola i pagórki, w tę płytką nieckę wielkiego miasta, w mocy swej spadały ciemną nocą, gdy do brzegu przybijali. Dokładnie do tej mieściny czy miasta - odległej o ok.57-60 km stąd. 
Dziś to miejsce nazywamy Fines terra - zakończenie ziemi, lądu, koniec kontynentu w jego europejskiej części. Miejsce najdalej wychylone na zachód...
Gdy ta szłam uboha jak mysz, po drodze zbierałam co się tylko nadawało do jedzenia, cebulę jaka spadła ekspedientce lub porzuconą przy polu, leżącą w prochu drogi. 
Jabłko, które dopiero spadło z jabłoni. Wpijałam się w słodycz, wąchałam je, trzymałam w dłoni, bo w drugiej niosłam bidon, ciągle wypełniany, dopełniany świeżą źródlaną wodą... Bo tak jak w 2010 roku, jak w Hiszpanii - nigdzie indziej i nigdy nie smakowały mi one, owoce i warzywa. Pamiętam szokujący smak i radość, gdy udało mi się kupić taniej owoce, gdy wgryzałam się w nie. Nigdy nie jadłam tak pysznej zupy z warzywami i soczewicą.

Pyszności... 
Kawa o poranku... późnym poranku bo od godziny 4-5 rano już się wychodziło z "albergi", kwatery lub opuszczało salę gimnastyczną. I ludzki potok, jak co dzień, w upale i w cieniu, w górach i na równinie płynął... cicho i w skupieniu, w rozważaniach, może też u większości, cichą modlitwą okraszony... 

Compostela. Jej sąsiedztwo... port.    

To tu przybiła po drodze z ziemi świętej, może z Tesalonik lub innego greckiego portu, Mineapolis - samotna łódź...  "Wieziono" nią ciało św. Jakuba Starszego. Pierwszego apostoła i biskupa - wśród ludów niewierzących, wśród barbażyńskich krajów, tych co dotychczas w Jezusa i cud w Galilei, Nazarecie i innych miastach Judei i w śmierć Jezusa jako człowieka a zmartwychwstanie jako Boga - Syna w Jerozolimie, nie wierzyli. Ani trochę. 
Unikanie kary przez apostoła. Ucieczka i śmierć. Męczeńska oczywiście.

Podróże i przemieszczanie się, ucieczki, rozstania....

Dążenie, marzenia, sny o potędze. Rozważania na sucho... 
Jako  oddalenie i rezygnacja ze związku. 

Jak to pisze Olga Tokarczuk, w książce "Bieguni" o byciu w ruchu, ciągle w drodze, wielu ludziach poznanych, wielu przyjaźniach lub tylko pewnych wariantach poznawania ich. Ano tak - byłam i ja w tym marszu, do nich szłam z nimi, obok nich, byłam mijana i mijali mnie wielokrotnie - stąpaliśmy po tym samym prochu i kamieniach, moja stopa, twoja noga, wspólnie - trzy dni stają się wiecznością...

Na tym samym camino... w drodze, ja i on. Ja i ona. 

Muzyka. Ringin' bell. Kokardka biało czerwona.


Tokarczuk w drodze się przemieszczając - podróżuje słowem, niesie mnie i swoich czytelników - przez historię i genealogię także w "Księgach Jakubowych...

W rodzinnym otoczeniu staje się ciasno pewnego dnia, ciążą historia i przeszłość, zasługi innych... 
A tam, na szlaku, ostatnia droga... cicha droga... A może pierwsza dla żyjących a ostatnia tego apostoła - 
"droga Jakubowego zastępu."

Comments

Popular Posts