Pielęgniarka. Nurse. Chapter 4

Jeśli zaczynasz być pielęgniarką w domu, pilnujesz terminów, zabiegów lekarzy i innej pomocy medycznej, wchodzisz w to już na pełen etat. I nie wychodzisz nigdy, aż do śmierci...
Generalnie rodzina była chyba zadowolona, że wprowadzając się do babci mojego męża - zajmiemy się nią, zaopiekujemy, a oni - będą mieli okazję nas ukierunkowywać, chwalić lub ganić, sprawdzać i kontrolować... O tych ostatnich warunkach przekonywałam się z każdym dniem bardziej i mocniej. Doskwierały mi - jak ciasne buty, ale mój wrodzony optymizm, uleczył moją ślepotę... I od tego czasu patrzyłam przed siebie - a nie "za", jedynie węsząc podstęp... Przecież kochałam...
Troska o innych wypełniała luki w kalendarzu, chodziłam wszędzie za sprawami innych zwłaszcza, wydeptywałam ścieżki - ale i za sobą wkrótce - też... Leczyłam, kupowałam maści i lekarstwa, babci zaś dosłownie myłam nogi i zmieniałam opatrunki - całe lata... i - bez pomocy sióstr środowiskowych i jej dzieci. Potem po 2003 roku, z pomocą jednej jedynej pielęgniarki, która stała się naszym skarbem, podporą i pomocą...
Często sama mimo skręceń, złamania nogi, zwichniętego barku, bólu rąk i łokci, zwyrodnień kręgosłupa - i innych zdrowotnych przypadłości, działałam jak motorek. Jak czołg. I wiedziałam już, że co innego liczy się bardziej, jest ważniejsze... Wszystko ważniejsze, niż ja...

Szybko przekonałam się, i usłyszałam w rodzinie mojego męża - że wyciągnęłam rękę "nie po swoje". Że mój mąż jest winien nawet śmierci i nieszczęść w tej i innej, bliskiej rodzinie. Choć winien - chyba Bogu ducha, prędzej. Jednak był już na "znaczonym". 

Przykre słowa i brak wsparcia stały się czymś codziennym, zwykłym i normalnym... 
Nie mogłam planować wyjazdów i wakacji... na słowa: "chcielibyśmy pojechać na dwa tygodnie nad morze, w góry" lub "chcemy zarezerwować tydzień nart, potrzebujemy wyjechać i wypocząć z dziećmi" - zawsze słyszałam "tak..., my też jedziemy". 
Lub gdy pytałam "czy mogę na was liczyć - czy pomożecie, wtedy gdy wyjedziemy" słyszałam w odpowiedzi: "nie wiem, zobaczę... nie mogę nic obiecać". Nie padało nigdy 'tak' lub 'nie'. No chyba że: "nie" lub "ooo, my też wyjeżdżamy - wtedy...".  Potem zaś pretensje i oskarżenia, wszelkie uwagi i "ale"... gdy coś nieprzyjemnego się wydarzyło...

Było mi przykro, było mi smutno. Czułam się sama i bezsilna. 

Wiele z tych naszych wyjazdów nie doszło do skutku, czasem z trudem odłożona zaliczka - przepadała. Nie wiem dziś, czy miałam wciąż nadzieję na zmianę tej sytuacji. Chyba często już nie. Wierzyłam i ufałam nadal - mimo wszystko, że coś innego może stać się moim udziałem. Inna kobieta - może poddałaby się wiele razy. Uciekła. Ja - postawiłam na stado, na małżeństwo, na rodzinę i jej spójność... ale czy to jest recepta na szczęście???
Polegać mogłam tylko na swojej rodzinie i jej opiece, na moim bracie i jego - wtedy jeszcze - dziewczynie, a dziś żonie, na ich wakacyjnych dyżurach. Na mojej siostrzenicy i jej chłopaku... prawie całodobowej opiece, jakiej gotowi byli się podjąć, ot tak - bo rozumieli, że czasem jesteśmy u kresu sił, że ten wypoczynek jak chłopu ziemia - nam się należy...

Do dziś wspominamy wspólnie wiele śmiesznych sytuacji, zdarzeń o poranku... wymian słownych, posiłków z tego czasu (słynna zupa kalafiorowa...), gdy babcia starała się być gościnną - a oni dzielnie i na kupę - starali się - nakarmić siebie i ją... i ptaka.
I powiem dziś: wszystko się jakoś udawało. I Pan nas nigdy, prawie nigdy nie opuszczał w tych troskach, inaczej - sfiksowałabym na dobre...  

No, może za wyjątkiem wyjazdu mojego męża do USA, do brata... Gdy wydawało mi się wielokrotnie, że Bóg mnie opuścił... ale i że opuścił mnie wtedy też - i rozum... Brakowało mi wtedy sił, wytrwałości i oparcia w innych ludziach, a rozmowy via skype' były tylko - przepraszam za określenie - złudzeniem wspierania się. Bo potem - był powrót do codzienności, okrutnej, pustej, nieprzyjaznej i zwykle - pełnej zaskakujących zwrotów...

Jak się obronić? Nie wiedziałam, nie miałam pojęcia czy jest na to przepis, i - nie wiem do dziś... Intuicyjnie ratowałam wiele razy swoją skórę, i skórę dzieci. Starałam się ochronić jak najwięcej - nadal będąc w najlepszym wydaniu nie jedynie służbą medyczną, pielęgniarką - nurse... siostrą miłosierdzia... Ale mamą, królową i panią domu...

W głowie mam jednak to bycie przez wiele lat, a na pewno do śmierci babci w 2009 r. - tą nurse... Dla siebie, z czasem - i dla innych. Przytulającą do serca... W pełni wiem to i czuję teraz, po latach wielu... Rozumiem zaś dopiero od kilkunastu - no może - kilku lat, takie właśnie w życiu "prowadzenie mnie"... 

Ale rozumiem też jakieś specyficzne zaufanie jakim mnie darzono, gdziekolwiek poszłam, o jaką rozmowę byłam proszona, ratując kogoś w trudnej sytuacji, pracując jako kurator wśród dorosłych osób - było ono zawsze moją naturalną, a nie wyuczoną w szkołach i na studiach, ale w życiu wykutą - genialną bronią... Rozumiem to zaufanie i tę wytrzymałość (w sobie), i "do siebie" zaufanie. Bo mocno ufałam, że nie jestem sama, pozostawiona i opuszczona, bezradna i bezbronna. Mimo ludzkich pozorów, zagrożeń i ograniczeń fizycznych - nie bałam się tych różnych zachowań i słów, z jakimi witała mnie codzienność.

Wiem to i dziś... To, że trwam, bo zostałam obdarzona nadludzką siłą. Właśnie - na wypadek wszelkich życiowych wydarzeń i potknięć, jakie spotykały mnie do dziś i pewnie wielokrotnie jeszcze dadzą o sobie znać.  

Comments

Popular Posts