Dziecko. Child. Chapter 5
Jako młoda kobieta miałam różne problemy zdrowotne, ale właśnie przed kolejnym wstępnym egzaminem na studia na miesiąc po mojej rezygnacji ze studiowania filozofii, zachorowałam... Koniecznym stało się poleżeć trochę w szpitalu.
Ja i szpital... przyszłam bez rzeczy, był piątek. Skoro moja cysta i jajnik wytrzymały to, co się z nimi działo a ja - ten ból... to jeszcze wyskoczę na weekend w góry, a wrócę z plecakiem i rzeczami - w poniedziałek... Jak pomyślałam, tak zrobiłam...
Optymizm nie opuścił mnie, a z wyjazdu pamiętam jedynie to, jak zasłabłam w górach, idąc z jedzeniem do pracujących fizycznie przy szambie - kolegów, i to, jak ból nie pozwalał mi już ani myśleć, ani czuć przyjemności i zadowolenia z tego, że jestem wolna z przyjaciółmi i w górach na majowym wyjeździe. Nie dał mi zadowolenia by czuć się bosko, ani by iść samej lasem, słaniałam się oparta na czyimś ramieniu - gorączkowałam i nie jadłam...
Nie wiedziałam tego, że cysta pękała wtedy - a po moim wnętrzu, po otrzewnej rozlewała się ropa i - tworzył stan zapalny innego już rodzaju... To, jakim byłam wtedy człowiekiem i moje myślenie o życiu, wiele razy potwierdzały kolejne wydarzenia z życia.... Takie dziwne, lekkie i mało odpowiedzialne decyzje. Ślizgałam się wtedy, bez możliwości uzyskania medycznej pomocy w pobliżu Wielkiej Polany - po ostrzu brzytwy, śmierci... I było cicho całkiem, ja bez kontaktu raczej, oni - przerażeni moim stanem...
Do poniedziałku jakoś doszłam do siebie, wtedy pojawiłam się z plecakiem i rzeczami - do przyjęcia... nadal chciałam studiować wybrany kierunek, czas mi uciekał... Chciałam szybko pomocy. Na już...
Usłyszałam przez ściankę a właściwie zasłonkę, głos konsylium - że stało się coś dziwnego, że cysta wielkości cytryny pękła, i wyrok: że muszę teraz spędzić dwa lub trzy tygodnie pod kroplówką z antybiotykiem... Moja mama w ogóle nie pochwalała pomysłu, by iść do szpitala "naprawdę, musisz?" - pytała mnie w drzwiach domu, gdy wróciłam z gór... "tak" - i poszłam spakowana - tylko na kilka dni...
Odwiedzało mnie mnóstwo osób, cała sala żyła ich życiem, starsze pacjentki lubiły ten rumor, tę młodość na sali... Nasze śmiechy i rozmowy wniosły powiew świeżości i życia tu, gdzie kobiety były okaleczane i pozbawiane ostatnich oznak kobiecości, gdzie żegnały złudzenia... Mój chłopak po zajęciach - wpadał by zjeść to, czego i tak nie mogłam jeść, a co codziennie zapełniało szafkę i szufladkę - czekolady, owoce... gadaliśmy, to znaczy on i oni gadali... Ja kontaktowałam tylko czasami... potem już siadałam na łóżku... Rzadko chodziłam.
Gdyby nie cysta, nie byłoby szpitala... Gdyby nie szpital, nie poznałabym Kolki, i nie zaprzyjaźniłabym się z nim na całe moje życie, jako z moim lekarzem - i pomocą w tarapatach... Gdyby nie ten czas - kto nauczyłby mnie i przygotował do egzaminu wstępnego z biologii, a gdyby nie ta nauka - nie narodziłoby się pragnienie wiedzy, rozwoju, nie siedzielibyśmy w kantorku lekarzy jedząc truskawki (ja...) a on - opowiadając mi cudowne rzeczy o tym co jest w człowieku, jak funkcjonuje ciało, o biologii, o genetyce, o mózgu i chorobach przeróżnych... Fascynowało mnie to wszytko....
Potem zaś nie poznałabym jego ówczesnej miłości - kochanki z pracy i towarzyszki życia przez następne 25 lat... Teraz najlepszej z żon.... I bardzo być może - spełniłyby się jego słowa, jako mojego mentora i lekarza prowadzącego - "nie urodzisz dziecka, ciężko będzie ci pewnie z tymi zrostami i bliznami - zajść w ciążę... zobaczymy...". On do dziś pomaga parom, ludziom borykającym się z bezpłodnością.
Ale to on pierwszy na USG oglądał fasolkę, jaka rosła w mojej macicy już 5 lat później - i dziwił się drukując zdjęcie:
Po narodzinach jej, pełna radości i optymizmu, mówiłam o niej, per "Dziecko cud"... niebieskooka z włosami jak len...
A z cudem narodzin, początek choroby i cudu jej przyjęcia i pojęcia tego wszystkiego dla siebie, dla nas jako rodziny... Zachwianie się naszego związku i naszego małżeństwa też. Potem szybko druga ciąża - i: "Dziecko niespodzianka". Cirilla, ruda i - z włosami jakie zakręcałam na swoich palcach w loki...
Nie miały być... a stały się, były. Ucieszyły nas i mnie nawet mocniej, bardziej wybiły z domowego i ludzkiego spokoju. Pochłonęły, umocniły w roli mamy, w mojej rodzinie, wybiły mnie jedynie z tego czasu - jaki zaplanowałam na studiowanie a nie - bycie żoną i matką. Ale mój plan był inny, a plan "dla mnie" - inny. Powoli i z czasem przyszło mi go poznawać, testować i weryfikować go, a potem dopiero - zaakceptować... Z trudem.
Dzieci - stały się największą nagrodą. Myślę, że dla każdego z nas są... Nagrodą i skarbem. Bez względu co dzieje się z nami, z naszym ciałem z naszym zdrowiem, co dzieje się w nas. Ten dar jest jednocześnie darem dla innych, bo dzieci nie dostajemy ani na własność, ani dla siebie... warto szybciutko to odkryć. Wtedy jest prościej i łatwiej...
I mniej strachu...
I prościej żyć...
I łatwiej żegnać się z nimi, szanując ich autonomię i wolność wyborów...
Ja i szpital... przyszłam bez rzeczy, był piątek. Skoro moja cysta i jajnik wytrzymały to, co się z nimi działo a ja - ten ból... to jeszcze wyskoczę na weekend w góry, a wrócę z plecakiem i rzeczami - w poniedziałek... Jak pomyślałam, tak zrobiłam...
Optymizm nie opuścił mnie, a z wyjazdu pamiętam jedynie to, jak zasłabłam w górach, idąc z jedzeniem do pracujących fizycznie przy szambie - kolegów, i to, jak ból nie pozwalał mi już ani myśleć, ani czuć przyjemności i zadowolenia z tego, że jestem wolna z przyjaciółmi i w górach na majowym wyjeździe. Nie dał mi zadowolenia by czuć się bosko, ani by iść samej lasem, słaniałam się oparta na czyimś ramieniu - gorączkowałam i nie jadłam...
Nie wiedziałam tego, że cysta pękała wtedy - a po moim wnętrzu, po otrzewnej rozlewała się ropa i - tworzył stan zapalny innego już rodzaju... To, jakim byłam wtedy człowiekiem i moje myślenie o życiu, wiele razy potwierdzały kolejne wydarzenia z życia.... Takie dziwne, lekkie i mało odpowiedzialne decyzje. Ślizgałam się wtedy, bez możliwości uzyskania medycznej pomocy w pobliżu Wielkiej Polany - po ostrzu brzytwy, śmierci... I było cicho całkiem, ja bez kontaktu raczej, oni - przerażeni moim stanem...
Do poniedziałku jakoś doszłam do siebie, wtedy pojawiłam się z plecakiem i rzeczami - do przyjęcia... nadal chciałam studiować wybrany kierunek, czas mi uciekał... Chciałam szybko pomocy. Na już...
Usłyszałam przez ściankę a właściwie zasłonkę, głos konsylium - że stało się coś dziwnego, że cysta wielkości cytryny pękła, i wyrok: że muszę teraz spędzić dwa lub trzy tygodnie pod kroplówką z antybiotykiem... Moja mama w ogóle nie pochwalała pomysłu, by iść do szpitala "naprawdę, musisz?" - pytała mnie w drzwiach domu, gdy wróciłam z gór... "tak" - i poszłam spakowana - tylko na kilka dni...
Odwiedzało mnie mnóstwo osób, cała sala żyła ich życiem, starsze pacjentki lubiły ten rumor, tę młodość na sali... Nasze śmiechy i rozmowy wniosły powiew świeżości i życia tu, gdzie kobiety były okaleczane i pozbawiane ostatnich oznak kobiecości, gdzie żegnały złudzenia... Mój chłopak po zajęciach - wpadał by zjeść to, czego i tak nie mogłam jeść, a co codziennie zapełniało szafkę i szufladkę - czekolady, owoce... gadaliśmy, to znaczy on i oni gadali... Ja kontaktowałam tylko czasami... potem już siadałam na łóżku... Rzadko chodziłam.
Gdyby nie cysta, nie byłoby szpitala... Gdyby nie szpital, nie poznałabym Kolki, i nie zaprzyjaźniłabym się z nim na całe moje życie, jako z moim lekarzem - i pomocą w tarapatach... Gdyby nie ten czas - kto nauczyłby mnie i przygotował do egzaminu wstępnego z biologii, a gdyby nie ta nauka - nie narodziłoby się pragnienie wiedzy, rozwoju, nie siedzielibyśmy w kantorku lekarzy jedząc truskawki (ja...) a on - opowiadając mi cudowne rzeczy o tym co jest w człowieku, jak funkcjonuje ciało, o biologii, o genetyce, o mózgu i chorobach przeróżnych... Fascynowało mnie to wszytko....
Potem zaś nie poznałabym jego ówczesnej miłości - kochanki z pracy i towarzyszki życia przez następne 25 lat... Teraz najlepszej z żon.... I bardzo być może - spełniłyby się jego słowa, jako mojego mentora i lekarza prowadzącego - "nie urodzisz dziecka, ciężko będzie ci pewnie z tymi zrostami i bliznami - zajść w ciążę... zobaczymy...". On do dziś pomaga parom, ludziom borykającym się z bezpłodnością.
Ale to on pierwszy na USG oglądał fasolkę, jaka rosła w mojej macicy już 5 lat później - i dziwił się drukując zdjęcie:
Po narodzinach jej, pełna radości i optymizmu, mówiłam o niej, per "Dziecko cud"... niebieskooka z włosami jak len...
A z cudem narodzin, początek choroby i cudu jej przyjęcia i pojęcia tego wszystkiego dla siebie, dla nas jako rodziny... Zachwianie się naszego związku i naszego małżeństwa też. Potem szybko druga ciąża - i: "Dziecko niespodzianka". Cirilla, ruda i - z włosami jakie zakręcałam na swoich palcach w loki...
Nie miały być... a stały się, były. Ucieszyły nas i mnie nawet mocniej, bardziej wybiły z domowego i ludzkiego spokoju. Pochłonęły, umocniły w roli mamy, w mojej rodzinie, wybiły mnie jedynie z tego czasu - jaki zaplanowałam na studiowanie a nie - bycie żoną i matką. Ale mój plan był inny, a plan "dla mnie" - inny. Powoli i z czasem przyszło mi go poznawać, testować i weryfikować go, a potem dopiero - zaakceptować... Z trudem.
Dzieci - stały się największą nagrodą. Myślę, że dla każdego z nas są... Nagrodą i skarbem. Bez względu co dzieje się z nami, z naszym ciałem z naszym zdrowiem, co dzieje się w nas. Ten dar jest jednocześnie darem dla innych, bo dzieci nie dostajemy ani na własność, ani dla siebie... warto szybciutko to odkryć. Wtedy jest prościej i łatwiej...
I mniej strachu...
I prościej żyć...
I łatwiej żegnać się z nimi, szanując ich autonomię i wolność wyborów...
Comments
Post a Comment
Proszę, zamieść komentarz poniżej i...
zaczekaj na wynik moderacji.
Dziękuję, A.