Żona. Wife. Chapter 3
Być kobietą. To nie wszystko. Być żoną - dużo więcej. Podróżujemy teraz kategorią - powołania i drogi rozwoju, samorealizacji. No i tu zaczynają się schody. Wybranka nie tylko musi zyskać serce mężczyzny (najlepiej tego swojego)- miłość i chęć totalnego z nią przebywania i zespolenia w jedno. Rozkochac go i zatrzymać. Najlepiej przymiotami swego wnętrza - mamy wtedy lekką gwarancje tego, że jak uroda już minie to coś nam tam jeszcze mniej ulotnego pozostanie.
Po drodze jest jego rodzina... i matka.
Zestaw specjalny. Jak dzisiejsze zdobywanie Monte Cassino, klasztor co to jest twierdzą i nie zamierza się poddać a osaczony, nadal jest niedostępny, poza zasięgiem i powoduje dotkliwe straty własne (po stronie niefortunnej wybranki...). Nawet jak ją wybrał, przyprowadził i udomowił... nie będzie miała życia. Ja to nazywam krótkim powiedzeniem "jeszcze się taka nie urodziła, która by mojemu syneczkowi wygodziła...", czyli naczelne hasło "mamusi"...
Koszmaru część dalsza trwa, bo z reguły matki są długowieczne, nie odpuszczą i gniotą swoje synowe w sposób znaczący: "masz tu poduszkę, żeby wygodnie się mojemu synkowi spało... a i jeszcze kołdrę - żeby miał się czym okryć". Czasami na nową drogę życia dostaje się jeszcze inny drobiazg... Nie chce mi się nawet pamiętać i przypominać jak wyglądał przyjazd i tzw. proszenie o moją rękę - bo rękę schowałabym chętnie - dziś z perspektywy czasu nie pod stół lecz do kieszeni i kazałabym wyjść mojemu przyszłemu teściowi natychmiast... ale gospodarzami byli moi rodzice... Zmyliły mnie zasady kultury, ale nie - intuicja... i pierwsze wrażenie...
Zwłaszcza, że po naszych tzw. "zaręczynach" były i inne przepychanki weselne, ale też skończyły się szybko obiady czy placki po węgiersku - jakie wypełniały domowe menu, gdy byłam gościem w domu...
Nie w smak było to że studiowałam... pewnie kilka innych rzeczy też nie zgadzało się i nie pasowało do wyobrażeń, wreszcie - moje plany i marzenia. Rodzina miała się szybko powiększyć i już, a po jednej córce - usłyszałam tuż po połogu "tata, tata... zrób mi brata"...
Zrobiłam sobie przerwę, wiele przerw od wizyt i odwiedzin... Od rodzinnej rutyny obiadów świątecznych, tych na siłę, imienin czy dni matki... to było daleko zbyt wiele dla mnie. Od coraz bardziej oschłych przyjęć - niektórych nawet pod blokiem, lub w klatce... czasem dyżurów przy grobie ich dziadka - ojca matki - mimo iż byłam w kolejnej ciąży, nie było problemu abym to ja szorowała grób. Ciąża - nie choroba... podobno...
Zacisnęłam zęby. Zaciśnięte szczęki pozwoliły mi na życie przez wiele lat i uniknięcie większych kolizji - najwyżej wychodziłam wcześniej, znienacka - gdy już ciśnienie podniosło mi się na tyle, że herbata w szklance lub kawa - nie były mi potrzebne. Nie było mi potrzebne już nic, tylko tlen... i spacer. Droga i moje myśli, mój świat... Cisza i pomieszczenie bez dymu papierosowego...
Opuszczenie tonącego statku czy chybotliwej łódki, bez wioseł. Bez dna - nawet...
W takim domu nie mógł dorastać człowiek, jaki może być i zostać moim mężem,moim przyjacielem i najlepszą - najcieplejszą istotą... Zrozumiałam to zbyt późno... ten dom jest nadal pusty, jest "pustakiem" pod względem emocji, wszyscy już wyszli - cała trójka: jedno żyje daleko, za granicą w zimnie i chłodzie - bez telefonów i listów, nawet bez komunikatorów. Córka w 30-stej wiośnie życia wreszcie oddała rękę długoletniemu chłopakowi i narzeczonemu - jedynemu sympatycznemu i uśmiechniętemu człowiekowi, który partnerując jej przez lata- jakoś znosił ten dom... i my... Oddaliliśmy się jak najdalej i jak najbezpieczniej, żyjąc swoim (w miarę - nowym życiem). Błąd - żyjąc 15 lat z matką tej rodziny, a prababcią moich dzieci, wnet przekonałam się co to znaczy matnia, co znaczy - rodzina skłócona i nienawidząca się, nie utrzymująca żadnej więzi a jedynie stosunki - mniej lub bardziej poprawne... Szaleństwo zaczęło się ale nie skończyło długo...
Samotność, zdziwienie i zakłopotanie - pełna dezorientacja a z czasem - dezercja, poddanie się temu... To było "domowe życie" bez szans na powodzenie i sukces. Bez szans nawet na jakąkolwiek autonomię i niezależność. Na cyzelowanym - bo nie na świeczniku, prywatności prawie żadnej. Wpływu na to... śladowe ilości. Byliśmy "po drodze" lub tylko "na chwilę" albo też - byliśmy "docelową metą - stacją postojową".
Przez nasz dom - chcieliśmy tego czy nie - przewijali się obcy nam emocjonalnie, zgnuśniali lub zachłanni ludzie. Sami w pretensjach, dąsach, skłóceni i źli, niezadowoleni oraz chcący się mścić. Żale i uwagi - do wszystkich i o wszystko. I do siebie samych - też.
Po drodze jest jego rodzina... i matka.
Zestaw specjalny. Jak dzisiejsze zdobywanie Monte Cassino, klasztor co to jest twierdzą i nie zamierza się poddać a osaczony, nadal jest niedostępny, poza zasięgiem i powoduje dotkliwe straty własne (po stronie niefortunnej wybranki...). Nawet jak ją wybrał, przyprowadził i udomowił... nie będzie miała życia. Ja to nazywam krótkim powiedzeniem "jeszcze się taka nie urodziła, która by mojemu syneczkowi wygodziła...", czyli naczelne hasło "mamusi"...
Koszmaru część dalsza trwa, bo z reguły matki są długowieczne, nie odpuszczą i gniotą swoje synowe w sposób znaczący: "masz tu poduszkę, żeby wygodnie się mojemu synkowi spało... a i jeszcze kołdrę - żeby miał się czym okryć". Czasami na nową drogę życia dostaje się jeszcze inny drobiazg... Nie chce mi się nawet pamiętać i przypominać jak wyglądał przyjazd i tzw. proszenie o moją rękę - bo rękę schowałabym chętnie - dziś z perspektywy czasu nie pod stół lecz do kieszeni i kazałabym wyjść mojemu przyszłemu teściowi natychmiast... ale gospodarzami byli moi rodzice... Zmyliły mnie zasady kultury, ale nie - intuicja... i pierwsze wrażenie...
Zwłaszcza, że po naszych tzw. "zaręczynach" były i inne przepychanki weselne, ale też skończyły się szybko obiady czy placki po węgiersku - jakie wypełniały domowe menu, gdy byłam gościem w domu...
Nie w smak było to że studiowałam... pewnie kilka innych rzeczy też nie zgadzało się i nie pasowało do wyobrażeń, wreszcie - moje plany i marzenia. Rodzina miała się szybko powiększyć i już, a po jednej córce - usłyszałam tuż po połogu "tata, tata... zrób mi brata"...
Zrobiłam sobie przerwę, wiele przerw od wizyt i odwiedzin... Od rodzinnej rutyny obiadów świątecznych, tych na siłę, imienin czy dni matki... to było daleko zbyt wiele dla mnie. Od coraz bardziej oschłych przyjęć - niektórych nawet pod blokiem, lub w klatce... czasem dyżurów przy grobie ich dziadka - ojca matki - mimo iż byłam w kolejnej ciąży, nie było problemu abym to ja szorowała grób. Ciąża - nie choroba... podobno...
Zacisnęłam zęby. Zaciśnięte szczęki pozwoliły mi na życie przez wiele lat i uniknięcie większych kolizji - najwyżej wychodziłam wcześniej, znienacka - gdy już ciśnienie podniosło mi się na tyle, że herbata w szklance lub kawa - nie były mi potrzebne. Nie było mi potrzebne już nic, tylko tlen... i spacer. Droga i moje myśli, mój świat... Cisza i pomieszczenie bez dymu papierosowego...
Opuszczenie tonącego statku czy chybotliwej łódki, bez wioseł. Bez dna - nawet...
W takim domu nie mógł dorastać człowiek, jaki może być i zostać moim mężem,moim przyjacielem i najlepszą - najcieplejszą istotą... Zrozumiałam to zbyt późno... ten dom jest nadal pusty, jest "pustakiem" pod względem emocji, wszyscy już wyszli - cała trójka: jedno żyje daleko, za granicą w zimnie i chłodzie - bez telefonów i listów, nawet bez komunikatorów. Córka w 30-stej wiośnie życia wreszcie oddała rękę długoletniemu chłopakowi i narzeczonemu - jedynemu sympatycznemu i uśmiechniętemu człowiekowi, który partnerując jej przez lata- jakoś znosił ten dom... i my... Oddaliliśmy się jak najdalej i jak najbezpieczniej, żyjąc swoim (w miarę - nowym życiem). Błąd - żyjąc 15 lat z matką tej rodziny, a prababcią moich dzieci, wnet przekonałam się co to znaczy matnia, co znaczy - rodzina skłócona i nienawidząca się, nie utrzymująca żadnej więzi a jedynie stosunki - mniej lub bardziej poprawne... Szaleństwo zaczęło się ale nie skończyło długo...
Samotność, zdziwienie i zakłopotanie - pełna dezorientacja a z czasem - dezercja, poddanie się temu... To było "domowe życie" bez szans na powodzenie i sukces. Bez szans nawet na jakąkolwiek autonomię i niezależność. Na cyzelowanym - bo nie na świeczniku, prywatności prawie żadnej. Wpływu na to... śladowe ilości. Byliśmy "po drodze" lub tylko "na chwilę" albo też - byliśmy "docelową metą - stacją postojową".
Przez nasz dom - chcieliśmy tego czy nie - przewijali się obcy nam emocjonalnie, zgnuśniali lub zachłanni ludzie. Sami w pretensjach, dąsach, skłóceni i źli, niezadowoleni oraz chcący się mścić. Żale i uwagi - do wszystkich i o wszystko. I do siebie samych - też.
Comments
Post a Comment
Proszę, zamieść komentarz poniżej i...
zaczekaj na wynik moderacji.
Dziękuję, A.