Kobieta. Woman. Chapter 2

"Wysoka, dorodna, puszyste blond loki okalające anielską twarz pozna wyjątkowego i z dużym poczuciu humoru i autonomii - zamiennie też - na duży dom i elegancki samochód". 

Aaaaaa, pewnie myślicie, że takie były kolejne moje kroki. Że zaczęłam pisać anonse i zamieszczałam oferty - by znaleźć jakąś ulgę i odskocznię od tego "codziennego treningu" - jaki fundowała mi rodzina, a zwłaszcza, mój mąż. Zawsze mówił, że najskuteczniejsze są behawioralne metody i pokrewne, wiecie - kijaszek i marcheweczka, prezencik, zezwolenie na opuszczenie gniazdka bez dozoru (taka współczesna forma kontroli: wspólne konto w banku, wydzielana gotóweczka - elektroniczny dozór mężowski, gdy wymyślono komórki). System musiał poczekać i doróść do mnie - a i tak - obnażałam jego niedoskonałości.

Szybko skończyłam kłamać gdzie i po co idę. Zwłaszcza, że złapałam się sama na tym, że przychodzi mi nawet kłamać w rzeczach i sprawach dla mnie kardynalnych, fundamentalnych i świętych. To nie miało być tak... 
Pętla.
Już nie tylko spowiadałam się ze swojego zła czynionego na co dzień, spowiednikowi... z kroków - mężowi, w pracy - spowiednikiem, szefowej i jednej i drugiej - i tam i tu, weryfikowano moje czyny i słowa. Dostawałam punkty, jakąś rangę wśród wielu osób - albo premię, częściej jednak - uścisk ręki... później nawet tego nie. Tylko ostrzeżenia - wzrokowe, paluszkiem lub pisemne - np. zobowiązania do przestrzegania i wypełniania, zakresy obowiązków i nienegocjowalne zapisy w nich, notatki i wpisy do akt - nawet ze specjalnym pouczeniem. Skierowania - na co??? Na badania lub na szkolenia.

Taki był finał... 
Kobieta bez winy i wstydu??? Chyba bez wina...
Nie, kobieta - winną sobie była. Sama była do tego w tej winie, postawiona na celowniku. 
Do wielu mówiłam, stań przede mną, obroń mnie - zasłoń mnie przed ciosem, przed przeciwnikiem - ochroń mnie. I - tak też - naprzykrzałam się sędziemu. Nie tylko temu - biblijnemu... Nikogo.

Tak przez całe lata - pochylałam już głowę wielokrotnie, we wstydzie, poczuciu winy- już nie plułam (jak kiedyś bardzo, bardzo chciałam - miałam zamiar na drzwi ordynatora pewnego oddziału...), nie używałam sarkazmu w komentarzach i uwagach - tylko posyłałam uśmiech słynnej Gio... Kiwałam głową by nie potakiwać, ze zrozumieniem, opuszczałam ją często - w geście poddaństwa. Czy bywało lepiej, czy przynosiło to skutek??? Ano, nie bardzo...
Jak na kobietę - przystało... 
Wpasowałam się w garsonkę i trzewiczki - zewnętrznie. W środku - kłębił się mój świat. Mój kosmos. Przelewany na papier, na kartki, publikowany czasem wpis w gazecie czy na portalu, wiersz w broszurce, częściej - schowany gdzieś w pamiętniki a już później - dzięki klawiaturze, słowa wpasowane w niezliczone wpisy blogów...

W codziennych zajęciach i pracy: pracownik... ale nie roku... Brud pod paznokciami (częściej cudzy, niż mój), człowiek wyręczający chętnie i dobrze... za pół darmo pracujący ale dziękujący swojemu Bogu i ludziom - za szansę... Matka mnie nauczyli i kazali "za wszelką pracę dziękuj, idź i nie odmawiaj... Sorry, jaki człowiek - kobieta. Słaba płeć, słaba kasa. Niemoc i słabość - w posturze, w głosie - siła i potęga decybeli. No istny kabaret, złożenie jak z "ElGrecowej malby", jak śpiewał o minach na zdjęciu - w czerni i bieli - Jaromir Nahravica.
Kobieta może wygrywać małe bitwy, stać ją i na porażki - przez łut szczęścia - potrafi odnieść i niewielkie sukcesy. "Ofiara roku" - ten plebiscyt wygrywałam w cuglach. Człowiek dałby sobie radę lepiej, lub gorzej. Kobieta - położy sprawę, uśmiechnie się niewinnie i jeszcze skubana wyląduje na ziemi telemarkiem. Chętniej też uśmiecha się żałośnie choć niewinnie, gdy postawić ją pod ścianą, do rozstrzelania...
Oj, od 2010 roku, w tym temacie - działo się... Ale o tym w kolejnych odcinkach...

A ja tylko "nie chciałam zająć cudzego miejsca", nie pcham się nigdy na zajęte pozycje, bo zajęte. Brzydziłam się kolesiostwem i kolaboracją: z wrogiem lub moim wcześniejszym oponentem, w kupę i siłę - jednoczyli się nawet moi "przyjaciele", mój stażysta i kolejno - wcześniej znający mnie: mąż i wielu naszych znajomych, ale i jego przyjaciół. 
Kiedy ja nazwałam ich moimi przyjaciółmi...Kiedy??? Zastanówmy się... Choć jak przyjaciół traktowałam zawsze, szanując w nich to, co cenne dla mnie - człowieka. Pewnie straciłam dystans, ale i wiele szans nie wchodząc - nie wnikając w preferencje, w ludzkie "lubię cię, masz fory u mnie", ani w te: "jesteś facetem, to jesteś lepszy na starcie", bo i tak to, że zawsze noszę spodnie - nie ma i nie miało żadnego znaczenia. 
Takiego biustu i takich włosów, nie sposób ukryć....

Straciłam i na tym: garsonka i trzewiczki - to nie mój styl "bycia i ubioru", ocierały mnie i uciskały na każdym kroku. A nieumiejętność całowania rączek i okolic odbytu, wrodzony wstręt do spoufalania się - zwłaszcza na gruncie zawodowym - pogrzebały mnie doszczętnie...

A tu czas mija, lata mijają - uroda też jakoś odchodzi - a ja grzęznę na tym samym polu błota, min i jeszcze, ciort wie, czego. Ideały na podartym już mocno sztandarze, wyryte głęboko na tarczy - słowa otuchy i zachęty, trzy hasła jakich nie odpuszczę nigdy. Miecz - o błysku damascena, zryty do granic drzewca i rękojeści... Mimo, że ktoś wytrącał mi przez całe lata mój oręż z ręki, nie czynił mnie - paradoksalnie w moim życiu - bezbronną, bronię się i walczę nadal. Miecz słowa jest na tym samym miejscu i na wciąż doskonalonym poziomie. Nie cofałam się nawet na krok. Nie odchodzę na bok. Trwam. Nie oddaję pola.
Zbroja trwa mimo mnie, jak kolos w miejscu... A ja - bezpieczna, i schowana w niej dobrze - trwam nadal. Nie chce mi się nawet podnosić przyłbicy - widzę tylko to i tylko tyle, ile mam widzieć...
Kobieta wojownik. Lumena... jak mówimy też do naszej młodszej córki. A do starszej - Kandela... Te pojęcia światłości i jasności, są nam chyba niezwykle bliskie. Dla nas kobiet, w rodzinie - począwszy ode mnie - są takie... Szczególne...   

Od razu przychodzi mi do głowy stwierdzenie: "Nonkonformista się znalazł". 
Żołnierz - na polu minowym i jeszcze pod ostrzałem. Ochotnik, w du... kopany.
Było siedzieć w domu, w pieleszach. Uznać się za winnego, zależnego i chorego - dać za wygraną. Odpuścić. Zamknąć się szczelniej... Podpisać się pod "Triumfem owiec" czy też triumfem przedstawicieli innego stada??? Uwielbiam stada - wyrzynać!!!

Mimo, że nadal nosiłam bryczesy i kamizelki lub skórzaną kurtkę albo płaszcz- zwłaszcza moją ulubioną szarą kamizelkę, tę z frędzlami i w kratkę, z napisem "free soul", jako kobieta - czułam się sama bez swojego obrońcy i bohatera. Tego tu, i na ziemi, między ludźmi takimi, jak ja... 
Aż wreszcie zjawił się...

Comments

Popular Posts