Człowiek. Human. Chapter 1

W ostatnich latach - zwłaszcza dwóch - trzech - byłam zmuszona i zmuszana do pozostawienia prawdziwej "siebie", mojego dotychczasowego życia na pełnym "odwyku", deficycie - na głodzie - daleko od moich zainteresowań, pasji, spraw jakie lubiłam robić.
Dostałam zadanie. Ważna stała się relacja - rodzinna i małżeńska. Czy dla mnie tylko??? Chyba tak, tak na to dziś patrzę - odpowiedzialność była po mojej stronie. Wtedy też, prawie 10-15 lat temu - pośród życiowego zawirowania i jakiejś ironicznej "nauczki" otrzymałam upragnioną "nagrodę" za mój wkład. Ależ się ucieszyłam - radość trwała równie krótko: za mój wkład w to małżeństwo dostałam poważne zadanie (i miałam "tyle", drugie "tyle" do zrobienia, z dnia na dzień). Okazało się, że miałam zdobyć dodatkową sprawność, bo nie jestem w pełni satysfakcjonującą żoną. Mam takie "zadanie" i miłość moją oraz małżeństwo - ten dialog prowadzony tylko ze sobą, taki dobrze izolowany i niebezpiecznie schowany,"do przepracowania". Nie da się ze mną żyć i wytrzymać - mój mąż się wykończy... wykończę wszystkich...
Świat dał mu wsparcie - kolejny raz, ustawił się: "pomyślałam" - ale zaraz ugryzłam się w język "to nie tak, jestem winna, przecież wiem". Byłam kiedyś ekspertem od Eichelbergera i jego "Kobiety bez winy i wstydu", bezwstydnicy właśnie - jednej...
Tak się przejęłam, tak się zawzięłam w sobie, zakasałam rękawy, i że muszę... "dać sobie, ze sobą, radę", że wystarczy opanować i zwalczyć tę drugą, tę złą w sobie to "źródło problemów", że nawet zdecydowałam się  pójść na terapię. Na terapię - na której mój mąż był jeden raz, przyprowadzając mnie. A ja - wytrwałam prawie rok. Psycholog nie dała tak szybko za wygraną, utwierdzała mnie z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc - w tym, że jest mi to potrzebne... Niezbędne. Że to warunek... zdrowia, życia, treść: "Trwałości mojego małżeństwa" stała się kosmiczną mantrą. Jej słowa - miały mnie oświecić i pobudzić we mnie te rezerwuary, jakie zgnoiłam - pewnie odrzucając pomoc i wsparcie, lub w inny makabryczny sposób umniejszając mężczyźnie, o ja - podła. Padały ciekawe sformułowania. Nawet niektóre z nich lekko parafrazowałam, żeby nie były mi tak zupełnie obce  i  obojętne...
Cuda pieriestrojki i komunizma... Strasne ale własne...
Mój opiekun i anioł-mąż zawsze jest przy mnie i będzie, pomoże (strach się bać...). Przyprowadzi (No, to już mnie mroziło...) Zawsze gotowy. Taki... odpowiedzialny. "No wiadomo" - pomyślałam, bo skoro ja "Jestem taka nieodpowiedzialna, to przecież musi być tak, że znalazłam odpowiedzialniejszego od siebie, za siebie...".
Trochę - jak troskliwy Anioł z "Alternatywy 4", pomyślałam wtedy... 

Psycholog powiedziała mi, że i tak przecież chodzi "o mnie", bo to ja mam defekt, "ja go mam 
i nie chcę puścić", nie rokuję poprawy (to okazało się i doszła do takiego wniosku później). Ważne stało się w terapii spostrzeżenie - że noszę w sobie problem, on jest "we mnie" i już, a ja - już, już prawie jej uwierzyłam. Choć wydawało mi się, że jedyne co w sobie kiedyś nosiłam - to moje córki, jedną po drugiej, a tam jakiś drobny włókniak jeszcze i wkrótce 10 lat po nim, zmiana na skórze - operowalna... Ale znów nie rak, nie... Takie ot kamyczki... Szczęśliwie - nie były to zmiany rakowe, żadną miarą. 
Wszystko goiło się zawsze na mnie, jak na psie... I tak pozostało, wot-"sabaczy" los... Ale to, że dałam wykiełkować w sobie jakiejś poważnej dolegliwości i stała się groźna dla wszystkich wokół, że to już pandemia - dowiedziałam się dopiero w "jej", psycholog pokoiku i gabinecie obok. Zaczęłam myśleć dokładnie tak samo.

Sama radość. Błogi spokój diagnozy. Już nie byłam niewinna jak dziecko, już się "nie myliłam". Nie...

Ja standardowo - byłam w błędzie. Tkwiłam w nim. Czyniłam nadal błędne założenia.

Co gorsza... dziś tak myślę, teraz, nadal na tym etapie będąc, mając lat tyle ile mam, zafiksowałam się.
Tylko tyle to spowodowało, że po roku tych spotkań z psycholog, nie mogłyśmy się dogadać w którym miejscu tego błędu zatrzymałam się i jestem, a mnie już znudziły "jej wywewnętrzniania się" o doktoracie i jego obronie - i to, że spóźniałam się, cyklicznie - przez jej mimowolne dygresje i poszukiwania sensu, klarowania i parafrazy - do pracy. Tej pracy, dzięki której mogłam zarobić na przysłowiowe "waciki", bo wszystko inne - zapomniałabym dodać - miałam dzięki niemu, mojemu Aniołowi - mężowi.

Mój świat szybko się zmienił. Nie zyskał kolorów - gorzej nawet...
Już nie miałam moich praw, bo ich i tak - nie miałam ich od wielu lat. Nawet tych, do popełniania błędów. Już od dawna sobie samej ich (tych praw) nie dawałam. To okazałoby się nielojalne, a w małżeństwie??? Wykluczone. 
Sama gryzłam się w język. Uznana winną, zamykana jak pies. Czarna owca, nieodrodna córka matki - chociaż nie "z tej matki", co to dobre przecież i życzliwe serce ma. Pieściłam naiwnie i nosiłam tak ten ferment, zdradę, tę wolną myśl - jak ziarno... ziarno grochu. Ziarno niewygody - zatrucia tego panującego "dobrostanu", tego marzenia i snu... Marzenia o zmianie, o powrocie, o wolności i... cieple domowego ogniska.

Ale za to mój mąż - uspokoił się. Oceniał wysoko moją pracę, czasem pochwalił.
Kurcze... ale nam było ze sobą - z czasem - wyjątkowo dobrze. 

Zaczęłam aportować nawet bez rzucania kija...

Comments

Popular Posts