Chapter 18: Cry, baby cry

Płacz - mówią oczyszcza...
wczoraj też mi się tak wydawało, nie byłam się już w stanie podnieść by odnaleźć na podłodze, przy łóżku - paczkę czy choć jedną chusteczkę. Zasnęłam cała w soli. Wypłakałam oczy, i wypłakałam serce. 
Moja stara miłość spała spokojnie obok mojej, na własnej poduszce, pochrapywała... we mnie wtulał się kot czując coraz bardziej, że coś jest nie tak... coraz mocniej mruczał. Ogrzewał mi dłonie i serce... łzy kapały na jego futro.

Samotność jest taka cicha, nie krzyczę o niej nigdy, tak jak inni ludzie. Gryzę ją w sobie, jak w ustach czasem twarde kukułki lub tabliczkę gorzkiej czekolady... Nie mogę złapać oddechu. Boli tak, boli bardzo. Bo pozornie - sama nie jestem... I choć mnie nie interesuje - zdaniem mojego męża - nic i nikt, nikogo się nie lękam i mam w nosie (delikatnie transponując jego słowa) to jest to najlepszy dowód na to - jak on właśnie mnie nie zna kompletnie.

Nie mamy więzi już od dawna. Nie łączą nas wspólne przeżywanie i rozkosz, miłość i czułość, nie ma już niczego - tylko rachunki, obowiązki i wspólne płatności, wspólne też dzieci... I nic więcej. Poza tym, jest tylko pustka... aż się dziwię że jeszcze tak żyję, w takiej próżni... bez uczuć, bez bliskości i miłości - ja, co się nią karmiłam zawsze i na co dzień...

Płaczę każdego już dnia, czasem łzy są suche... ale od świąt, od wielkiego piątku - ból jest tak wielki, że chce mi strzelić serce...
Słyszę w uszach: płacz, popłacz sobie...

Znów mówię, do Pana mego: "zabierz mnie teraz, weź mnie... już nie mogę i nie chcę tak żyć". W ten sposób, z tym człowiekiem co go obok mnie postawiłeś.
I bolało, gdy w wielkim tygodniu żegnałam i grzebałam ciało mojego chrzestnego w Sławęcinie... na bliskim sercu starym cmentarzu!!! I nadal ulgi nie odczuwam, w Wielkim Tygodni z dnia na dzień tylko gorzej było...

To tak, jakbym każdego dnia dźwigała martwe już prawie i okaleczone Ciało Pana, lub z nim niosła ten krzyż jeszcze - dzień w dzień, nawet dziś rano i wczoraj... po słowach od męża...
I w piątek gdy z kwiatami i małym souvenirem jechałam na mszę za x. Jarka - ból we mnie trwał i narastał... łza - sama leje się z oka...

Wiem, że nie wytrzymam tak długo, i słyszę tylko w uszach, po posłudze i po modlitwie, płacz dziecko z radości, po niedzielnym graniu i śpiewaniu koronki do Miłosierdzia Bożego, gdy w moim sercu były same poruszenia, same ruchy wody w sadzawce, płacz to zdrowie, wypłacz się wreszcie... ja zamurowana w sobie i w Arce Pana na otwarciu... Nadziei... Nadzieja - pragnę, płaczę - Nadzieja - myślę... 

Płacz, dziecko, płacz sobie, płacz...
I przypomina mi się teraz ten obrazek, niezupełnie po polsku pisany, i z jakiego wyzuty już osobno medalik ze mną podróżuje:

"Jeśli wiedziałabyś jak bardzo cię kocham, płakałabyś ze szczęścia" (Matka Boska do dzieci swoich, w Medjugore)


Samotnia z widokiem na wyspę Korcula

Comments

Popular Posts