Chapter 17: Trust in You
Mam 30 lat...
Trzymam się drugiej osoby i trzymam ją za rękę... wciaż wierzę - że jesteśmy sobie zadani, jak matematyczne zadanie z trygonometrii lub funkcji wykładniczej... Oddaję się w jego dłonie. Przecież wie, co dla mnie najlepsze... Rezygnuję wciąż i jeszcze z tego, co chciałabym i co jest moim marzeniem, rezygnuję z kolejnych i kolejnych spraw, rzeczy, z wartości dla mnie fundamentalnych. Nauczyłam się nazywać to przez ostatnie 7 lat - miłością ale tylko - miłością małżeńską, tą jej odmianą. Obserwuję i słucham tylko takie zachęty i przekonywanie mnie przez innych - z każdej ze stron... On ma jaką taką pracę, prowadzi też siłownię - spłodził mi dwie córki - wszystkie atuty są po jego stronie...
Ja nie mam nic, nawet w tym roku okazuje się, że praca jaką dostałam po studiach "w prezencie" rzekomo, jest mniej stabilna i teraz staram się odnaleźć z całym tym zgiełkiem na pierwszych podyplomowych, niechcianych przeze mnie studiach - na Akademii Pedagogicznej, na pedagogice opiekuńczo wychowawczej... bo sekretarka stwierdziła, że kończąc psychologię, nie mogę pracować jako pedagog w szkole... bo nie mam takich uprawnień by nim być...
Praca, dzieci, mój mąż, szkoła jaka wymaga... i wymagania urzędnicze, klon... klon zmian systemowych w tym kraju... rutyna - wszystko mnie zabija... i jeszcze ten człowiek... który nie prowadzi mnie, a ciągnie...
kolejny raz na rzeź, do rzeźni...
nie mam siły się bronić...
nawet żadnej ochoty na obronę, już sama sobie nie wierzę
nie wierzę...
moim odczuciom, przeżyciom i przekonaniom...
teraz to już się zgubię, myślę - już jestem zgubiona - myślę i dziś, jest jak kiedyś nie walentynka, nie 14.02.2001 - dzień zakochanych, ale dzień przed, bo wyprzedziłam ten czas... ten wtorek chyba niepotrzebnie...
ciągnę go na furtę Dominikanów
zbyt młoda, zbyt świeża - i przekonana że mam rację, że głos i człowiek nie kłamał, nie okłamał mnie w ostatni piątek w drodze do domu...
osłabiona kopniakiem pod DH"Wandą", pianą z puszki piwa jaką mnie oblał napastnik - z bólem żeber... wysłuchałam potem mowy - ust niemych, innych - dobrego słowa - idąc od Arki na Kalinowe - osłabiona jestem jeszcze tym biciem..., pianą na ustach mego młodego męża - że się do domu spóźniłam, uciekłam, gdzie byłam, że bał się o mnie... że co mam w rękach, po co to... żeby wyrzucić - a ja nie chcę... robię to, co mi powiedziano, nie sprzeciwiam się temu - bo czuję, że ważniejsze niż ufać mężowi - znów, i znów - jak .... w 1996, 1997 i w 2000 roku....
lecz dziś nie wiem czemu - ja co się zawsze spóźniam zdaniem ludzi, "pospieszyłam się": i 13.02.2001 - w poniedziałek - stanęłam, tadammmm - ku rozpaczy męża ale i jego radości, satysfakcji że znów wygrał i triumfuje...
nic pozornie, nic absolutnie na mnie tam nie czekało.... chyba tylko po ciachu, "deczki" i jedna pusta tortownica - nieoznakowana....
szoku nie było we mnie wtedy końca, smutku i rozpaczy i suchych łez...
tylko zgoda i to - na co się znów siliłam, - zaufanie
zaufanie do męża, tylko to mi wtedy zostało... bo byłam znów bezbronna jak w piątek, znów sama, nic prócz zaufania - jakie to miało wychodzić z małżeńskiego poczucia miłości i opieki tego wybranego, i nic - prócz rozpaczy w sercu.... jak to???
ano, tak - do domu... lub do szpitala - kobieto, zwariowana, kolejny raz - łotrzyco - are you out of your mind... these days.... :((9 tylko tak mój mąż mnie skomentował,
no nie do końca tak - tylko wulgarnie i po polsku... ano coś usłyszałam (od męża kolejny raz), od sprawcy dwóch moich ciąż:
Janusz: coś jak - p.... w dużej liczbie.... i nie o.... (dźwięk.liczba pi....): "(...) już widzę, nie że tu ktoś czeka na ciebie... ale dla ciebie kobito, to: dom, dzieci, łóżko, i psychiatra najwyżej na dyżurze - w szpitalu najbliższym -
Ja:
zaskoczona, ubrana odświętnie w poniedziałek, na spotkanie, na moją prawdę:
Janusz:
zdecydowanie chwycił mnie za ramię - na pięcie zawrócił siebie i mnie na Stolarskiej 12 -
i "nie karma i nie duchowa - strawa" mimo ferii wtedy, nie ciacho nawet i kawa - w jaką chciałam przemienic ten moment upokorzenia i zagubienia, tylko kupił mi dwa malutkie pierniczki z marcepanem... zmusiłam go do kupienia tego marcepanowego pierniczka, dla mnie - by mniej bolało - co mi do dziś się w smaku przypomina, w każdym kawałku marcepanowego smakołyku...
To nie czas na adorację czy mszę, bo to ferie i można by zaczekać pół godziny u Dominikanów - to ok. 11-12 godziny... i te słowa:
Janusz:
"lecz umysł, wariatko, lecz - swoje ciało "(......) bo duchowość to ty Mała, masz po.... je..... baną.... I jeszcze, jedzie.... ci z paszczy - i jedziesz po bandzie nią, co ty gadasz, co nią... gadasz... weź chodź jak chodzą inni, po ziemi...
Spotkało mnie to - co zawsze.
Nie podniosłam się długo z tego.
Podnoszenie się i praca nad sobą, żeby móc spojrzeć na siebie w lustrze trwała przynajmniej 5-6 najbliższych lat. W bólu, bez uśmiechu, w pogardzie... tylko w pracy, pracy, trudzie, wychowaniu dzieci, i w pracy, w drugiej pracy - zaraz po pierwszej, na dozorach, i w obsługiwaniu jego babci, usługiwaniu jej - zakupach i gotowaniu, w opiece nad mężem i jego wciąż pijacym ojcem... Temu nie było końca...
Dzień do dnia podobny, czekałam na sobotę, miałam nadzieję że choć wakacje przyniosą ulgę w upodleniu i służbie...
Wiele razy -nie miałam siły. Traciłam wiarę... Traciłam wszystko... Traciłam siebie, i ziemię pod stopami.
Służyłam jak umiałam sobą, pracowałam sobą - pracując nad sobą...
I dalej, do 2006 roku - gdy nagle czytając i pracując - poczułam miłość, ogarnęła mnie i przyszła w ciele i uratowała mnie. Dziękowałam za te kilka dni a potem kila miesięcy siły i ognia... Potem odeszła... wróciła do swojego nieba. A potem - w dziwny sposób - stworzyłam nową. Nagle mnie w smutku odnalazła, zapłonęła. Bo trzeba mieć choć nikły, lichy płomień - by życie znów miało sens.
I ta minęła, wystraszyła się, wróciła do domu...
I nagle jestem i buduję się po złamaniu nogi... biegnę wytrwale już w 2010 rok - sama i w Hiszpanii w drodze, bo ja - ja inaczej zinterpretowałam powód, motywację "wpis do paszportu, do compostelki",
i ten człowiek - na jakiego tu czekałam, i tu w obcej ziemi mnie znalazł... dwa dni z nim...
potem powrót do domu...
Powrót tylko tak, jak umiałam wtedy, z bp. Rysiem, bo tylko tak już mogłam wyrwać się z tej matni... choć nie wierzył mi nikt, i nikt we mnie i moje słowa - też nie wierzył.
Bo nie z kobietami, na Fines Terra - końcówkę lądu Europy....
To nic... znów mówiłam. To nic - tkwiąc w strachu i samotności...
I lata z biskupem, Z nadzieją w duchu... i z Ojcem.
Nauczył mnie trwać wśród wilków. Na kogo mogę liczyć... na męża??? Na córki???
Na rodzinę??? Na niewiele.
Znów potem bez ojca... mój Ojciec daleko. Ja tu, On tam. Mam ojca, i mam Ojca...
Mam wszystko.
Ufam...
Trust...
Trzymam się drugiej osoby i trzymam ją za rękę... wciaż wierzę - że jesteśmy sobie zadani, jak matematyczne zadanie z trygonometrii lub funkcji wykładniczej... Oddaję się w jego dłonie. Przecież wie, co dla mnie najlepsze... Rezygnuję wciąż i jeszcze z tego, co chciałabym i co jest moim marzeniem, rezygnuję z kolejnych i kolejnych spraw, rzeczy, z wartości dla mnie fundamentalnych. Nauczyłam się nazywać to przez ostatnie 7 lat - miłością ale tylko - miłością małżeńską, tą jej odmianą. Obserwuję i słucham tylko takie zachęty i przekonywanie mnie przez innych - z każdej ze stron... On ma jaką taką pracę, prowadzi też siłownię - spłodził mi dwie córki - wszystkie atuty są po jego stronie...
Ja nie mam nic, nawet w tym roku okazuje się, że praca jaką dostałam po studiach "w prezencie" rzekomo, jest mniej stabilna i teraz staram się odnaleźć z całym tym zgiełkiem na pierwszych podyplomowych, niechcianych przeze mnie studiach - na Akademii Pedagogicznej, na pedagogice opiekuńczo wychowawczej... bo sekretarka stwierdziła, że kończąc psychologię, nie mogę pracować jako pedagog w szkole... bo nie mam takich uprawnień by nim być...
Praca, dzieci, mój mąż, szkoła jaka wymaga... i wymagania urzędnicze, klon... klon zmian systemowych w tym kraju... rutyna - wszystko mnie zabija... i jeszcze ten człowiek... który nie prowadzi mnie, a ciągnie...
kolejny raz na rzeź, do rzeźni...
nie mam siły się bronić...
nawet żadnej ochoty na obronę, już sama sobie nie wierzę
nie wierzę...
moim odczuciom, przeżyciom i przekonaniom...
teraz to już się zgubię, myślę - już jestem zgubiona - myślę i dziś, jest jak kiedyś nie walentynka, nie 14.02.2001 - dzień zakochanych, ale dzień przed, bo wyprzedziłam ten czas... ten wtorek chyba niepotrzebnie...
ciągnę go na furtę Dominikanów
zbyt młoda, zbyt świeża - i przekonana że mam rację, że głos i człowiek nie kłamał, nie okłamał mnie w ostatni piątek w drodze do domu...
osłabiona kopniakiem pod DH"Wandą", pianą z puszki piwa jaką mnie oblał napastnik - z bólem żeber... wysłuchałam potem mowy - ust niemych, innych - dobrego słowa - idąc od Arki na Kalinowe - osłabiona jestem jeszcze tym biciem..., pianą na ustach mego młodego męża - że się do domu spóźniłam, uciekłam, gdzie byłam, że bał się o mnie... że co mam w rękach, po co to... żeby wyrzucić - a ja nie chcę... robię to, co mi powiedziano, nie sprzeciwiam się temu - bo czuję, że ważniejsze niż ufać mężowi - znów, i znów - jak .... w 1996, 1997 i w 2000 roku....
lecz dziś nie wiem czemu - ja co się zawsze spóźniam zdaniem ludzi, "pospieszyłam się": i 13.02.2001 - w poniedziałek - stanęłam, tadammmm - ku rozpaczy męża ale i jego radości, satysfakcji że znów wygrał i triumfuje...
nic pozornie, nic absolutnie na mnie tam nie czekało.... chyba tylko po ciachu, "deczki" i jedna pusta tortownica - nieoznakowana....
szoku nie było we mnie wtedy końca, smutku i rozpaczy i suchych łez...
tylko zgoda i to - na co się znów siliłam, - zaufanie
zaufanie do męża, tylko to mi wtedy zostało... bo byłam znów bezbronna jak w piątek, znów sama, nic prócz zaufania - jakie to miało wychodzić z małżeńskiego poczucia miłości i opieki tego wybranego, i nic - prócz rozpaczy w sercu.... jak to???
ano, tak - do domu... lub do szpitala - kobieto, zwariowana, kolejny raz - łotrzyco - are you out of your mind... these days.... :((9 tylko tak mój mąż mnie skomentował,
no nie do końca tak - tylko wulgarnie i po polsku... ano coś usłyszałam (od męża kolejny raz), od sprawcy dwóch moich ciąż:
Janusz: coś jak - p.... w dużej liczbie.... i nie o.... (dźwięk.liczba pi....): "(...) już widzę, nie że tu ktoś czeka na ciebie... ale dla ciebie kobito, to: dom, dzieci, łóżko, i psychiatra najwyżej na dyżurze - w szpitalu najbliższym -
Ja:
zaskoczona, ubrana odświętnie w poniedziałek, na spotkanie, na moją prawdę:
Janusz:
zdecydowanie chwycił mnie za ramię - na pięcie zawrócił siebie i mnie na Stolarskiej 12 -
i "nie karma i nie duchowa - strawa" mimo ferii wtedy, nie ciacho nawet i kawa - w jaką chciałam przemienic ten moment upokorzenia i zagubienia, tylko kupił mi dwa malutkie pierniczki z marcepanem... zmusiłam go do kupienia tego marcepanowego pierniczka, dla mnie - by mniej bolało - co mi do dziś się w smaku przypomina, w każdym kawałku marcepanowego smakołyku...
To nie czas na adorację czy mszę, bo to ferie i można by zaczekać pół godziny u Dominikanów - to ok. 11-12 godziny... i te słowa:
Janusz:
"lecz umysł, wariatko, lecz - swoje ciało "(......) bo duchowość to ty Mała, masz po.... je..... baną.... I jeszcze, jedzie.... ci z paszczy - i jedziesz po bandzie nią, co ty gadasz, co nią... gadasz... weź chodź jak chodzą inni, po ziemi...
Spotkało mnie to - co zawsze.
Nie podniosłam się długo z tego.
Podnoszenie się i praca nad sobą, żeby móc spojrzeć na siebie w lustrze trwała przynajmniej 5-6 najbliższych lat. W bólu, bez uśmiechu, w pogardzie... tylko w pracy, pracy, trudzie, wychowaniu dzieci, i w pracy, w drugiej pracy - zaraz po pierwszej, na dozorach, i w obsługiwaniu jego babci, usługiwaniu jej - zakupach i gotowaniu, w opiece nad mężem i jego wciąż pijacym ojcem... Temu nie było końca...
Dzień do dnia podobny, czekałam na sobotę, miałam nadzieję że choć wakacje przyniosą ulgę w upodleniu i służbie...
Wiele razy -nie miałam siły. Traciłam wiarę... Traciłam wszystko... Traciłam siebie, i ziemię pod stopami.
Służyłam jak umiałam sobą, pracowałam sobą - pracując nad sobą...
I dalej, do 2006 roku - gdy nagle czytając i pracując - poczułam miłość, ogarnęła mnie i przyszła w ciele i uratowała mnie. Dziękowałam za te kilka dni a potem kila miesięcy siły i ognia... Potem odeszła... wróciła do swojego nieba. A potem - w dziwny sposób - stworzyłam nową. Nagle mnie w smutku odnalazła, zapłonęła. Bo trzeba mieć choć nikły, lichy płomień - by życie znów miało sens.
I ta minęła, wystraszyła się, wróciła do domu...
I nagle jestem i buduję się po złamaniu nogi... biegnę wytrwale już w 2010 rok - sama i w Hiszpanii w drodze, bo ja - ja inaczej zinterpretowałam powód, motywację "wpis do paszportu, do compostelki",
i ten człowiek - na jakiego tu czekałam, i tu w obcej ziemi mnie znalazł... dwa dni z nim...
potem powrót do domu...
Powrót tylko tak, jak umiałam wtedy, z bp. Rysiem, bo tylko tak już mogłam wyrwać się z tej matni... choć nie wierzył mi nikt, i nikt we mnie i moje słowa - też nie wierzył.
Bo nie z kobietami, na Fines Terra - końcówkę lądu Europy....
To nic... znów mówiłam. To nic - tkwiąc w strachu i samotności...
I lata z biskupem, Z nadzieją w duchu... i z Ojcem.
Nauczył mnie trwać wśród wilków. Na kogo mogę liczyć... na męża??? Na córki???
Na rodzinę??? Na niewiele.
Znów potem bez ojca... mój Ojciec daleko. Ja tu, On tam. Mam ojca, i mam Ojca...
Mam wszystko.
Ufam...
Trust...
Comments
Post a Comment
Proszę, zamieść komentarz poniżej i...
zaczekaj na wynik moderacji.
Dziękuję, A.