Przyjaciele. Friends. Chapter 6
Przyjaciele. Trzymaj ich z daleka ode mnie. "Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał, wrogów - poszukam sobie sam", jak w piosence - w poszukiwaniu drogi do wolności, do niezależności i wyzwolenia Polski. Chociaż ja i Polska, to dość dalekie, oczywiście odniesienia.
Niektórym nawet w życiu sama to powiedziałam. Nie ma ich wielu, i tak jest lepiej.
Przeżyty gorzki zawód, rozczarowanie - niedojrzałą postawę i zachowanie, nie zawsze zapomniałam im, zamknęłam w okruszku serca... powiem szczerze. Nie otorbiła się nigdy ta zadra, ta drzazga.
Bo nie jest to dobre, żeby w każdej sytuacji być razem, dostrzegać wszystko - i wyrażać krytycyzm. Nie jest też miło otrzymywać razy po łapkach. Nieostrożnie wdawać się w dyskusje o których źródłach, powodach nie ma się na ten czas pojęcia. Dostać się pod koła żelaznej machiny... jak kiedyś gdy usiłowałam leżąc na karimacie pisać kartki z wakacji a dwie, serdecznie i wieloletnie już przyjaciółki z jazgotem, upominały się o krojenie pietruszki do kanapek lub zupy, chyba. Ja uciszając je, zniecierpliwiona - wróciłam do przerwanego zajęcia - gniew obydwu dziewczyn - skumulował się na mnie...
Czy pisałam już kiedyś może, że jestem chronicznie nieczuła na wyrzuty sumienia wzbudzane we mnie... tak, jestem. Ale wtedy nikt nie udzielił mi ani pomocy, ani wsparcia. Nie oświecił mnie, że robię "rzecz wysokiego ryzyka". Ale na tym właśnie polega życie, jego ciężar.
Miażdżenie ducha, tak jak genitaliów - nie pomaga rozumieć, ale uczy szybko... nigdy więcej. Nie pakować się w kłopoty... Nie mówić prosto z mostu, lecz upominać jeden na jeden, na boku... Czy też szybko uczy: "trzymaj się z daleka od wyrażania swoich opinii" czy "daj czasowi czas, nie musicie się widzieć i spotykać kilka miesięcy". Z taką przyjaciółką z czasu szkoły średniej i początku studiów - nie dane jest nam się spotkać i rozmawiać od lat, zmiana w niej i we mnie jest zbyt duża, przeżycie - drażliwe... Jej rodzaj relacji - nieczytelny, mało przyjacielski... Ona trzyma się swojej wersji rzeczywistości, chroni męża i szczęście rodzinne, bliżej jej do mężczyzn, nie odczuwa potrzeby pozamiatania bałaganu, posprzątania - wypowiedzenia słowa: przepraszam...
Chrześcijańska miłość, miłość bliźniego. Nie mówi ona o bliskości nic... O historii przegadanych, przeżytych, oglądanych miejsc, poznanych ludzi - wiele. A o historii naszej relacji, już tylko bladego jej odbicia, jej lśnienia - tyle co nic... Nie znam jej. Nic o niej nie wiem. Czasem tylko tęsknię...
Utrata przyjaźni, zawód w tej relacji - to coś jak "zawód miłosny", zdrada czegoś i kogoś, kim jesteś w danym dniu - roku, w tym miejscu.... ale już nie będziesz. Bo nie ma możliwości powrotu do tej sytuacji, zanurzenia się w czasie - przebudowania i przekształcenia jej. Puszczenia w niepamięć trudnych słów, wybaczenia nieumiejętnego zachowania czy plotkowania o tajemnicy, o sprawach trudnych, bolesnych.
"Nie spodziewałam się" - to chyba najwłaściwsze słowo. Nic mnie nie przygotowało na takie utraty, bo dlaczego... Na taką torturę, a nawet na to, że miałam przez wiele lat pretensje do siebie, w sobie szukałam winy.
Tak trudno, tak boli... Jak nazywać to przyjaźnią. Stąd często powtarzałam: to nie są moi przyjaciele, to przyjaciele mojego męża... Trudno mi do dziś tak o kimś myśleć, a już fatalnie - mówić. Bo jak??? Po jednej zdradzie, jak fala przypływu, idą kolejne. Nieufność. Pustka. Samotność... Po nich też, człapie przed siebie, odrzucenie za inność. Moje kłopoty nie miały końca, w różnych miejscach traciłam ludzi, emocjonalnie - zamykając się, wycofując, nie akceptując reguł stawianych i mnie...
Chyba mam problem z bliskością. Nawet na pewno. Ten czas nie jest bowiem mój, ja go zamykam w sobie. Nie dzielę się nim, nie mówię, chwalić się nie ma czym. Nie przeżywam go zbyt głęboko... bo takie wspomnienie później lubi wracać, i osłabiać...
Niektórym nawet w życiu sama to powiedziałam. Nie ma ich wielu, i tak jest lepiej.
Przeżyty gorzki zawód, rozczarowanie - niedojrzałą postawę i zachowanie, nie zawsze zapomniałam im, zamknęłam w okruszku serca... powiem szczerze. Nie otorbiła się nigdy ta zadra, ta drzazga.
Bo nie jest to dobre, żeby w każdej sytuacji być razem, dostrzegać wszystko - i wyrażać krytycyzm. Nie jest też miło otrzymywać razy po łapkach. Nieostrożnie wdawać się w dyskusje o których źródłach, powodach nie ma się na ten czas pojęcia. Dostać się pod koła żelaznej machiny... jak kiedyś gdy usiłowałam leżąc na karimacie pisać kartki z wakacji a dwie, serdecznie i wieloletnie już przyjaciółki z jazgotem, upominały się o krojenie pietruszki do kanapek lub zupy, chyba. Ja uciszając je, zniecierpliwiona - wróciłam do przerwanego zajęcia - gniew obydwu dziewczyn - skumulował się na mnie...
Czy pisałam już kiedyś może, że jestem chronicznie nieczuła na wyrzuty sumienia wzbudzane we mnie... tak, jestem. Ale wtedy nikt nie udzielił mi ani pomocy, ani wsparcia. Nie oświecił mnie, że robię "rzecz wysokiego ryzyka". Ale na tym właśnie polega życie, jego ciężar.
Miażdżenie ducha, tak jak genitaliów - nie pomaga rozumieć, ale uczy szybko... nigdy więcej. Nie pakować się w kłopoty... Nie mówić prosto z mostu, lecz upominać jeden na jeden, na boku... Czy też szybko uczy: "trzymaj się z daleka od wyrażania swoich opinii" czy "daj czasowi czas, nie musicie się widzieć i spotykać kilka miesięcy". Z taką przyjaciółką z czasu szkoły średniej i początku studiów - nie dane jest nam się spotkać i rozmawiać od lat, zmiana w niej i we mnie jest zbyt duża, przeżycie - drażliwe... Jej rodzaj relacji - nieczytelny, mało przyjacielski... Ona trzyma się swojej wersji rzeczywistości, chroni męża i szczęście rodzinne, bliżej jej do mężczyzn, nie odczuwa potrzeby pozamiatania bałaganu, posprzątania - wypowiedzenia słowa: przepraszam...
Chrześcijańska miłość, miłość bliźniego. Nie mówi ona o bliskości nic... O historii przegadanych, przeżytych, oglądanych miejsc, poznanych ludzi - wiele. A o historii naszej relacji, już tylko bladego jej odbicia, jej lśnienia - tyle co nic... Nie znam jej. Nic o niej nie wiem. Czasem tylko tęsknię...
Utrata przyjaźni, zawód w tej relacji - to coś jak "zawód miłosny", zdrada czegoś i kogoś, kim jesteś w danym dniu - roku, w tym miejscu.... ale już nie będziesz. Bo nie ma możliwości powrotu do tej sytuacji, zanurzenia się w czasie - przebudowania i przekształcenia jej. Puszczenia w niepamięć trudnych słów, wybaczenia nieumiejętnego zachowania czy plotkowania o tajemnicy, o sprawach trudnych, bolesnych.
"Nie spodziewałam się" - to chyba najwłaściwsze słowo. Nic mnie nie przygotowało na takie utraty, bo dlaczego... Na taką torturę, a nawet na to, że miałam przez wiele lat pretensje do siebie, w sobie szukałam winy.
Tak trudno, tak boli... Jak nazywać to przyjaźnią. Stąd często powtarzałam: to nie są moi przyjaciele, to przyjaciele mojego męża... Trudno mi do dziś tak o kimś myśleć, a już fatalnie - mówić. Bo jak??? Po jednej zdradzie, jak fala przypływu, idą kolejne. Nieufność. Pustka. Samotność... Po nich też, człapie przed siebie, odrzucenie za inność. Moje kłopoty nie miały końca, w różnych miejscach traciłam ludzi, emocjonalnie - zamykając się, wycofując, nie akceptując reguł stawianych i mnie...
Chyba mam problem z bliskością. Nawet na pewno. Ten czas nie jest bowiem mój, ja go zamykam w sobie. Nie dzielę się nim, nie mówię, chwalić się nie ma czym. Nie przeżywam go zbyt głęboko... bo takie wspomnienie później lubi wracać, i osłabiać...
Comments
Post a Comment
Proszę, zamieść komentarz poniżej i...
zaczekaj na wynik moderacji.
Dziękuję, A.